niedziela, 14 lutego 2016

Wzrosty i spadki siły. Analiza porównawcza wybranych metod cz. 1


Gdy nie można zastosować periodyzacji

Sporo już było napisane o periodyzacji. Teraz rodzi się przekorne pytanie. Czy można się bez niej obejść? Tzn. co w sytuacji, gdy jakiś plan wydaje się dla mnie idealny, pozwala mi pogodzić treningi z obowiązkami i całym moim trybem życia. Czy w takiej sytuacji też muszę ciągle zmieniać plany? Czy nie da się tego obejść i zrobić jakoś inaczej? Zdaję sobie sprawę z faktu, iż dla niektórych ludzi takie zmiany co kilka tygodni mogą być męczące. Nie mają czasu zastawiać się nad nowym planem i często wchodzi to w kolizję z trybem życia. Są też takie osoby, które wolą pewną rutynę niż nieustanne zmiany. Taką po prostu mają konstrukcję psychiczną. Częściej dotyczy to kobiet, ale nierzadko także mężczyzn.
Od razu odpowiem, że są osoby, które mają niezłe efekty ćwicząc cały rok tym samym planem. Jest to możliwe, jeśli tylko będziemy przestrzegać jednej zasady, o której za chwilę szczegółowo napiszę. Przy czym zasada ta do pewnego stopnia dotyczy także systemów periodyzacyjnych. Natomiast chciałbym przestrzec przed bezkrytycznym zastosowanie tego co będzie tutaj opisane. Jeśli po kilku tygodniach nużysz się każdym planem, nawet jeśli nadal daje dobre efekty – przedstawione tu rozwiązanie nie jest dla Ciebie. Musisz zmieniać plany i stosować rozwiązania periodyzacyjne.

Ważne reguły metodologiczne

Najważniejsza prawda, jaką trzeba sobie przyswoić już od pierwszych dni swojej przygody z siłownią brzmi: Organizm nie rozwija się liniowo. Co to oznacza w praktyce? Może oznaczać kilka rzeczy.
1. Masa nie rośnie na zawołanie, ani wg jakiegokolwiek planu. Hasła typu „Ćwicząc tym planem przez 3 miesiące zyskasz 13 kg masy mięśniowej” (autentyczny cytat przywołany z pamięci autorstwa Mizielińskiego), mogą złościć albo śmieszyć, ale na pewno nie można traktować ich poważnie. Może się zdarzyć, że będziesz trenował kilka miesięcy bez przyrostów, a potem nagle nastąpi skok masy i zobaczysz w lustrze całkiem innego faceta. Dlatego zawsze powtarzam, że najważniejszym wyznacznikiem postępów są przyrosty siły. Jeśli siła stopniowo idzie w górę, to z czasem masa też pójdzie.
2. Nigdy nie będzie tak, iż można w sposób liniowy zwiększać ciężary czy ilość powtórzeń. To dotyczy tak naprawdę każdego sportu. Tylko na początku człowiek rozwija się liniowo. Z czasem np. biegacz już nie będzie w stanie skracać czasu na danym dystansie. Może nawet ku swemu przerażeniu zauważać, że czas ten rośnie.
3. Każdy okres wzrostu kończy się okresem stagnacji lub nawet spadku. Im większe odnotowałeś przyrosty w krótkim czasie, tym większa może być stagnacja czy też nagły zauważalny spadek sił.

Trzy metody

W tym artykule spróbuję przybliżyć zrozumienie powyższych zasad porównując trzy różne metody treningowe. Chciałbym pokazać ich mocne i słabe strony i wyjaśnić jak i dlaczego może lub nie może stosować ich naturalny kulturysta, czy też ogólniej amator sportów siłowych. Spróbujemy prześledzić jak zazwyczaj u przeciętnego zawodnika kształtują się zdolności motoryczne – głównie siła i wytrzymałość siłowa, a z nią także masa – podczas wykorzystania każdej z nich. Te metody to:
1. HIT – High Intesyve Training
2. Metoda Weidera 15-12-10-8-6
3. Stara szkoła treningów bezupadkowych
Każdą z tych metod można rozumieć i stosować bardzo różnie. To też postaram się uwzględnić w mojej analizie. Musimy pamiętać, że nic nie jest całkiem złe, ani nic nie jest całkiem dobre. Znając pewne zasady i rozumiejąc, jak działa nasz układ nerwowy może odnieść korzyści z zastosowania każdej z tych metod.

Schemat reakcji

Poniższy rysunek nie jest jakimiś bardzo dokładnym wykresem, który można odnieść do wszystkich ćwiczących bez różnicy. Dużo zależeć będzie od trybu życia, nastawienia psychicznego czyli motywacji, a najbardziej od predyspozycji i pobudliwości układu nerwowego. Poniekąd częściowo także od diety. Jest to jednak schemat ukształtowany na podstawie moich wieloletnich obserwacji jak i prac naukowców, którzy poważnie zajmują się tematem sportów siłowych jak choćby Zaciorski czy Kraemer i możemy uznać, że większość osób na poszczególne z prezentowanych metod zareaguje właśnie tak a nie inaczej.



Legenda
- Pionowa oś oznacza wzrost zdolności motorycznych, w tym wypadku siły lub wytrzymałości siłowej. Jest też częściowo skorelowana ze wzrostem masy, choć nie zawsze i nie u każdego.
- Pozioma oś dotyczy czasu mierzonego w tygodniach, choć właściwie należałoby rozumieć ją w mikrocyklach. Wartość tygodni została przyjęta dlatego, że większość osób rozkłada mikrocykle właśnie na tygodnie, co jest wynikiem uwarunkowań społecznych i religijnych.
- Linia niebieska oznacza treningi metodą HIT
- Linia zielona oznacza treningi metodą Weidera
- Linia czerwona to metodyka starej szkoły

Jak już wspomniałem powyżej wszystko to nie musi dokładnie wyglądać tak jak na wykresie, a poszczególne metody mogą się różnić w swoich odmianach czy też podejściu do nich, co niebawem postaram się szerzej wyjaśnić.

sobota, 23 stycznia 2016

Marketingowe ogłupianie cz. 4


Krok piąty – miej szacunek do własnego ciała.

Być może punkt ten jest zbyt ogólnikowy i zawiera w sobie czy też streszcza wszystkie inne. Jednak chciałbym w tym miejscu uwypuklić pewien psychologiczny aspekt całej sprawy. Kulturystyka ze swej natury powinna wypływać z troski o swoje ciała i z jego akceptacji. Tymczasem nierzadko dzieje się tak, że jest dokładnie odwrotnie. Krokami na siłownię kieruje brak akceptacji, by wręcz nie stwierdzić, że nienawiść do własnego ciała. Gdybym to wyglądał, jak ci wielcy wspaniali faceci! Zamiast tego jestem chudy, albo otyły. Zamiast owego kaloryfera mam wielkie brzuszysko itd. Trzeba to zatem szybko zmienić. Niestety ciało nie lubi szybkich zmian, co jeszcze bardziej przyczynia się do rozdźwięku między ciałem i psychiką. Rzecz jasna jest to rozbicie czegoś co ze swej natury jest całością. Nie można oddzielić człowieka od jego ciała. Nie czas tu na daleko idące rozważania filozoficzne i sięganie do źródeł dualizmu w naszym myśleniu. Wystarczy, że powiem, że ciało to tak samo Ty, jak Twój umysł i uczucia. Sam ten podział jest sztuczny i tak naprawdę nie istnieje w praktyce.
Musimy uznać ten prosty fakt, że pewne mechanizmy utrudniające pozornie szybkie zmiany nie są stworzone po to, by nam utrudnić życie. Nie przypadkowo ciało broni się przed zbyt szybkimi zmianami. Od tego zależy jego zdrowie. Często respektując mechanizmy obronne przez spokojnie dodawanie obciążeń czy powtórzeń i pamiętanie o zasadzie, by nie ćwiczyć do upadku – możemy uzyskać znacznie większe postępy niż wtedy, gdy ulegamy naszemu ego. To samo tyczy się przejadania, o czym nieco szerzej będzie niebawem.

Krok szósty – Nie ćwicz ciągle na najwyższych obrotach.

Przez 90% roku nie należy w zasadzie ćwiczyć na maksa. Jedynym wyjątkiem będzie tu rampa, ale i jej należy używać z umiarem. Z czasem warto trenować z pewnym zapasem sił w każdej serii. Niekiedy ten zapas będzie minimalny, ale istnieją i takie metody, w których robi się postępy przy obciążeniach rzędu 30%. Zapomnij o rekordach – jeśli już bardzo musisz to sprawdzaj swoją siłę raz na rok, ale wtedy musisz zastosować kilkutygodniowe podejście do maksymalnych obciążeń.

 

Krok siódmy - różnicuj zakresy, obciążenia, objętość i tempo.

O tym było już tyle, że przypominam tylko dla porządku. W zasadzie można cały rok ćwiczyć jednym planem – przynajmniej niektórzy tak mogą – trzeba tylko sukcesywnie zmieniać zakresy, obciążenia itd.

Krok ósmy – nie bój się czasem robić lżejszych sesji.

Takie sesje nie tylko poprawiają regenerację mięśni, ale też bardzo pozytywnie oddziałują na psychikę i zwiększają motywację do treningu. Jeśli ciągle jedziesz na najwyższych obrotach, to nie tylko mięśnie w pewnym momencie odmówią Ci posłuszeństwa. Także Twoja psyche zacznie bronić się przed przeciążeniami.
Pamiętaj, że dla naturalnego zawodnika lepsze są lżejsze ale częstsze sesje niż rzadsze bardzo ciężkie. Nie jest prawdą, iż można ćwiczyć wtedy „gdy mięsień się w pełni zregeneruje”. Co to tak naprawdę znaczy? Brak bólu nie świadczy o regeneracji, tak samo jak lekka obolałość nie zwalnia z treningu. Nikt nie jest w stanie dokładnie wyliczyć kiedy to już jesteś w pełni zregenerowany. Zwłaszcza, że zaangażowane w danym ćwiczeniu mięśnie mogą się różnie regenerować. Wszystkie tabele pokazujące ile to regeneruje się dany mięsień to stek bzdur.

Krok dziewiąty – różnicuj ćwiczenia, ale z tym nie przesadzaj

Organizm dobrze reaguje na zmienne bodźce, ale jeśli będziemy z tym przesadzać niewiele zyskamy. Wprawdzie adaptacja w pewnym momencie sprawia, że znikają postępy, ale też bez mechanizmów adaptacyjnych nie podnosilibyśmy więcej. Dlatego przynajmniej niektóre – podstawowe ćwiczenia należy stosować cały czas, ale można w nich różnicować inne parametry, jak zakres czy tempo. Jest to odwrotna strona medalu tego co było w kroku siódmym.

Krok dziesiąty – jedz tyle ile aktualnie potrzebujesz. Nie mniej, ani nie więcej.

Natury nie można oszukać. Wiele osób, albo wręcz prawie wszystkie, myśli, że im więcej zjedzą tym bardziej urosną. Tak nie jest, a przynajmniej nie w odniesieniu do mięśni. Bodźcem do ich wzrostu jest trening, a jedzenie jest zawsze wtórne. Trudno tu dyskutować z twierdzeniami, że „połowa sukcesu to dieta”, czy „90% sukcesu to dieta.” Jeśli ciężko trenujesz to organizm sam upomni się o więcej jedzenia, gdy będzie mu to faktycznie potrzebne. Jeśli cały czas jesz za dużo może doprowadzić np. do odporności aminokwasowej, o której trzeba napisać szerzej w innym artykule. Tutaj tylko sygnalizuję – szukajcie dla siebie optymalnych ilości. Podane w FAQ to tylko punkt wyjścia. Potem trzeba obserwować i modyfikować.
Inny problem związany z odżywianiem to poziom kwasu solnego w żołądku. Jeśli masz go za mało – a zdarza się to dość często – to większość jedzenia i tak nie będzie dobrze trawiona. Dodatkowo utrudniona będzie przyswajanie niektórych witamin, jak np. B12, które do wchłonięcia potrzebują połączenia z pewnym aminokwasami, a te muszą zostać wydzielone w procesie trawienia już w żołądku.
Jednym z objawów takiego stanu rzeczy jest zgaga. Zwykle w takiej sytuacji lekarz przepisuje leki, które jeszcze bardziej zmniejszają kwasowość żołądka. Niestety inhibitory pompy protonowej dają chwilową ulgę, ale na dłuższą metę trzeba będzie za tę ulgę zapłacić różnymi powikłaniami. Zamiast więc wierzyć w kolejny mit współczesnej medycyny należy pomyśleć o tabletkach z HCL lub chociaż o occie jabłkowym, by zwiększyć zakwaszenie żołądka.

Krok jedenasty – nie przejmuj się opiniami koksików i suplementożerców

Każdemu, kto będzie twierdził, że musisz ciągle trenować na maksa i jeść suple albo ładować koks zaproponuj szarże na ścianą z pochyloną głową. By uzyskać skutek powinien to ćwiczenie robić na maksa, maksymalny rozbieg i maksymalna siła uderzenia.

Na koniec muszę jeszcze parę rzeczy uściślić. To co tu napisałem nie oznacza, iż czasami nie należy sięgać do serii upadkowych, jednak nie można tego robić ciągle. Nie oznacza też, że nie należy ćwiczyć ciężko. Trzeba, ale jednocześnie tak, by po takim treningu organizm miał realne szanse szybko się zregenerować. Ćwicząc z pewnym zapasem sił wcale nie unikniesz DOMSów. Również po takich treningach mogą się pojawić i pewnie się pojawią, ale nie należy się nadmiernie przejmować, jeśli ich nie będzie. Niektóre z poruszonych tu spraw postaram się niebawem szerzej omówić w kolejnych artykułach.

czwartek, 21 stycznia 2016

Dla Ani


Wiem, że obecnie dostajecie sporo informacji o podobnych akcjach. Jednak jeśli ktoś jeszcze nie zdecydował o tym, na jaki cel przeznaczyć swoje 1% podatku, to mogę polecić Wam Anię. Tutaj znajdziecie potrzebne dane do odpisu od podatku lub też przekazania darowizny.
Tutaj możecie zapoznać się z historią Ani.

sobota, 2 stycznia 2016

Marketingowe ogłupianie cz. 3


Krok drugi – nie potrzebujesz prawie żadnych suplementów.

Należę do osób, które przez długi czas wierzyły w potrzebę przyjmowania suplementów. Mechanizm był prosty. Widziało się wielkich napakowanych gości, a obok reklamę białka i aminokwasów. Nawet mając świadomość, iż nie osiągnęli swojej formy naturalną drogą i tak wierzyło się, że choć część z tego zawdzięczają suplementom. Zjadłem dziesiątki kilogramów białka i niewiele mnie to zbliżyło do sukcesu, z gainerów tylko zaczął róść brzuch. W końcu zmusiło mnie to do krytycznego myślenia.
Prawda jest taka, że nawet mięso zwierząt źle karmionych, czy warzywa pryskane pestycydami i herbicydami są zdrowsze od sztucznie tworzonych suplementów. Nie wierz w to, że białko w proszku jest tym samym co białko z mięsa lub jajek. Nie jest. Jego przyswajalność jest wręcz niższa, tworzą się nowe frakcje zupełnie obce naszemu metabolizmowi. Co więcej często nawet nie podając tego na etykietach do tzw. białka serwatkowego dodaje się tanie białko sojowe- jeden z największych współczesnych kancerogenów. Szczytem hipokryzji było przekonanie ćwiczących do białka kazeinowego. Jest ono doskonałym budulcem – dla młodych cieląt! Dla ludzi praktycznie nieprzyswajalne. Jednak nic nie szkodzi, odpowiedni marketing i wszystko można sprzedać.
Jedyne czego potrzebujemy to niektóre mikroelementy. Źle uprawiane warzywa i źle hodowane zwierzęta często nie dostarczają nam wszystkiego co trzeba. W związku z toksycznością środowiska, w jakim żyjemy potrzebujemy też znacznie większych ilości witaminy C. Jednak i tu trzeba zachować rozsądek, gdyż większość oferowanych w sprzedaży preparatów witaminowych może wyrządzić więcej szkód niż przynieść pożytku.
Niekiedy i w rzadkich wypadkach mogą przydać się jeszcze pewne suplementy, szczególnie przy niektórych problemach zdrowotnych, jednak to jest sprawa marginalna, a nie jak próbuje się nas przekonać coś co każdy brać musi.
Wracając do białka – każdy z nas jest w stanie dostarczyć go w wystarczającej ilości z mięsa i jajek, wraz z tłuszczem i innymi potrzebnymi składnikami, a więc w takiej postaci, jaką zna nasz organizm. W postaci, do której przystosowaliśmy się przez setki tysięcy lat. Spożywanie białka bez tłuszczu, sztucznie przetworzonego to proszenie się o problemy.

Krok trzeci – pamiętaj, że duże ilości węglowodanów nie budują mięśni, a wręcz odwrotnie

Jakże często podkreśla się rolę insuliny mającej być jakoby najsilniejszym hormonom anabolicznym. Jest to prawda, nic tak szybko nie zwiększy Twojej wagi, jak duże wyrzuty insuliny spowodowane nadmiarem węglowodanów. Lecz cały ten anabolizm zostanie skierowany głównie na tkankę tłuszczową – jeśli można to tak ująć. Więcej insuliny oznacza też mniej hGH czy IGF. Więcej tkanki tłuszczowej to też większe wydzielanie aromatazy, a więc więcej estrogenów, a mniej testosteronu. Szybkie przyrosty masy opisywane w różnych dziennikach i poradnikach to zwykle przyrosty tkanki tłuszczowej i zgromadzonej wody. O miksach hormonalnych, jakie zwykle są do tego przyjmowane napiszę za chwilę. To głównie one sprawiają, że przy takich dietach następuje duży przyrost także masy mięśniowej. Bez nich rośnie tylko brzuch!
Warto poruszyć jeszcze jeden aspekt problemu, a mianowicie indywidualną tolerancję na węglowodany. Większość ludzi będzie dobrze funkcjonowała na 50-70 gramach na dobę, niektórzy mogą potrzebować 100 albo trochę więcej. Część będzie się czuła dobrze przy dawkach poniżej 50 gram. Jest to związane z trzema różnymi allelami kodującymi, które występują w populacji ludzkiej. Wprawdzie nazywa się je allelami kodującymi białka, ale decydują o tym, jakie proporcje makroskładników są optymalne dla danej osoby. W tym kontekście istnieje prawdopodobieństwo, iż większość zawodowych kulturystów ma wyższy poziom tolerancji na węglowodany, choć nie musi to być prawdą i pewnie nie jest w odniesieniu do wszystkich.
Chcesz być zdrowy, długowieczny i dobrze wyglądać – ogranicz nagłe skoki wydzielania insuliny. Na dłuższą metę mocne wyrzuty insuliny nigdy nie wychodzą na dobre.

Krok czwarty – nie potrzebujesz koksu.

Tylko amatorzy i piwniczni koksiarze myślą, że cała procedura polega na wstrzykiwaniu sobie np. estrów testosteronu czy też hormonu wzrostu. W praktyce zawodowców sportów siłowych sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Jeśli wstrzykuje się z zewnątrz tylko jeden hormon, dajmy na to testosteron, to inne pozostają w tyle. Co więcej się robi, by uzyskać spektakularne wyniki? Zwykle łączy się kilka różnych hormonów. Tak więc prócz testosteronu bierze się insulinę i kilka innych substancji – nie mam zamiaru podawać tutaj dokładnych danych ani pisać poradnika dla koksiarzy. Warto jedynie wiedzieć, że zakup od dilera samego testosteronu aż tak bardzo nie zbliży nas do sylwetki zawodowego kulturysty. Natomiast każdy dodatkowy środek farmakologiczny to coraz większe zagrożenie dla naszego zdrowia.

środa, 23 grudnia 2015

Świąteczne życzenia

Z okazji nadchodzących Świąt i Nowego Roku składam wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom serdeczne życzenia zdrowia, pomyślności jak również wytrwałości w treningach.

czwartek, 17 grudnia 2015

Marketingowe ogłupianie cz. 2


Skoro pokazałem już pewien schemat kroków podejmowanych w celu ogłupienia nas i nakłonienia do kupowania często zupełnie bezwartościowych produktów, pora teraz poświęcić trochę uwagi temu, jakie podjąć kroki, by nie dać się ogłupić

Krok pierwszy – zacznij krytycznie myśleć.

Zachęcenie wszystkich do krytycznego myślenia jest jednym z najważniejszych celów, jak postawiłem sobie pisząc tego bloga. Nie chodzi bynajmniej o to, by kwestionować wszystko dla zasady. Chodzi raczej o to, by nie budować sobie kultu autorytetów. Nie wierzyć w reklamy. Zawsze, gdy oglądasz jakąś reklamę lub czytasz artykuł zastanów się nad tym, co chce przez ten przekaz osiągnąć autor.
Nie chcę też, by ktokolwiek wierzył mi bez zastrzeżeń. Dlatego nie lubią określeń typu guru czy coach. To drugie zwłaszcza dlatego, iż istnieje już polskie słowo trener i nie ma sensu wprowadzać na siłę anglicyzmów. Nie mam zamiaru być wielkim autorytetem. Podaję pewne propozycje, Wy je macie sprawdzać i przyjmować na tyle na ile działają w Waszym przypadku.
To samo dotyczy wszelkich uznanych autorytetów w sporcie, w dietetyce, czy też jakichkolwiek innych dziedzinach. Nie chodzi o to, by zgadzać się z kimś w 100%. To z polityki i z religii przenika do naszego umysłu myślenie totalitarne. Musisz być za albo przeciw. Popierać tę partię i kląć na tamtą. Wierzyć albo całkowicie zaprzeczać. Pan X jest kryształowo czysty, a pan Y to zwykła świnia.
Należy czytać, sprawdzać i porównywać. W jednej sprawie będę się zgadzał np. z Poliquinem, a w innej nie. To samo dotyczy każdego innego. Jest wiele osób, z których poglądów czerpię inspirację, ale to nie znaczy, że muszę z nimi zgadzać się we wszystkim. Tymczasem co się dzieje? Ludzie powtarzają non stop te same plany, mity żywieniowe mimo iż nie odnoszą sukcesu. No ale przecież ON tak powiedział… Parafrazując Gombrowicza jak ma działać, skoro nie działa? Czy jeśli na danym planie siła nie idzie w górę to masz go robić przez następne 2 lata, aż zadziała? Czy jeśli na tonach ryżu z bajki o ektomorfiku rośnie Ci tylko brzuch, to znaczy, że masz go jeść jeszcze więcej?
Jak to wygląda w związku z badaniami naukowymi, na które tak chętnie powołują się internetowi eksperci? Większość z takich ekspertów czyta jedynie abstrakty, w których zwykle nie przedstawia się metody podjętych badań. Musimy wyzwolić się z pozornego autorytetu badań naukowych. Nie oznacza to, że jestem przeciwnikiem takich badań. Jestem tylko wrogiem korupcji jaka zapanowała w nauce. Lansowana przez współczesne rządy i pseudointelektualistów idea powiązana biznesu z nauką jest niczym innym, jak naroślą rakową na tradycji uniwersyteckiej. Powiązania te skutkują tym, że naukowcy orzekają to za co im się zapłaci. Często nagina się wynik badań, tak aby zadowolił sponsora. Coraz trudniej o obiektywizm. Płacimy podatki i mamy prawo wymagać, by z nich opłacano uniwersytety, uczelnie i rzetelne badania. Niestety tak się nie dzieje. Kolejne rządy zamiast o to zadbać bredzą o niezaradności uczonych, którzy nie chcą zakładać własnych firm. Uczony ma być uczonym, a nie biznesmenem. Ma się zajmować badaniami i ewentualnie pracą dydaktyczną. Nazbyt często spotykam się ze zjawiskiem idiotycznych szkoleń dla pracowników naukowych, w których paniusia półanalfabetka poucza pracowników naukowych, jak to są niesamodzielni i powinni zająć się biznesem, bo ich praca nie daje nikomu korzyści. Ciekawe, jakie korzyści daje „praca” tej paniusi.
W tym miejscu proszę o to, by nie rozpętywać dyskusji politycznej. Obecny stan rzeczy jest grzechem wszystkich rządków jakie po kolei nastają. Tutaj nie dyskutujemy o polityce i religii!Poruszyłem ten temat tylko po to, by pokazać uwarunkowania współczesnej nauki. Nie tylko w naszym kraju, ale na całym świecie. By dać jasno do zrozumienia, dlaczego trzeba do poszczególnych badań odnosić się krytycznie.
Muszę jeszcze dla dopowiedzenia zająć się kwestią tzw. zastosowań. Ktoś kiedyś stwierdził, że gdyby nauka koncentrowała się tylko na zastosowaniach to mielibyśmy jedynie coraz dłuższe włócznie. Prace matematyczne takich ludzi jak Kartezjusz, Leibniz czy Pascal znalazły swoje zastosowanie dopiero w dwudziestym wieku w informatyce. Co zatem stracimy, jeśli będziemy ciągle naciskać na naukowców w sprawie zastosowań? Tak naprawdę jest to postawa infantylna, dziecinne podejście. Musimy mieć już i teraz! Zresztą jakie to mają być zastosowania? Kolejne gadżety do ogłupiania społeczeństwa? Czy może bardziej sztuczne jedzenie? Lodówka powiązana z ze smartfonem popchnie ludzkość do przodu?
Musimy również mieć na uwadze ten często pomijany fakt, iż badania w sporcie prawie zawsze mają charakter wtórny. Oznaczy to, że najpierw zawodnicy i trenerzy drogą prób i błędów wypracowują jakąś metodę, a dopiero potem – często po kilkudziesięciu latach – biorą ją na warsztat naukowcy i próbują zrozumieć dlaczego działa. Nie wierzcie w doniesienia z kolorowych czasopism o tym, jak to naukowcy odkryli nową cudowną metodę treningową. Zwykle artykuł jest sponsorowany i znajdziecie w nim również informacje, że trzeba wesprzeć się takimi czy innymi suplementami. Zresztą nie zawsze musi chodzić o suplementy. Innym ciekawym przykładem jest platforma wibrująca. Od lat prowadzi się badania nad wpływem wibracji na rozwój muskulatury. Wyniki są bardzo sprzeczne. Jednym pomaga, innym wręcz odwrotnie. Próbuje się dobierać różne częstotliwości i inne parametry. Skutek jest jeden – brak jednoznacznych wyników. Jednak nie przeszkadza to specom od marketingu wciskać tysiącom ludzi na całym świecie super platform czy pasów wibrujących.