wtorek, 5 sierpnia 2014
niedziela, 3 sierpnia 2014
sobota, 26 lipca 2014
Od genialnych fizyków, do nieco mniej rozgarniętych dietetyków cz. 2
Ile kalorii dziś spaliłeś?
Każdy
kto trochę dłużej uprawia jakiś sport lub po prostu pracuje
fizycznie i nie dał się ogłupić do końca mitologii spalania
kalorii wie dobrze, że organizm przystosowując się do danego
wysiłku potrzebuje coraz mniej tej tzw. energii. Dochodzi do
adaptacji i optymalizacji pracy wszystkich układów. Z tego powodu
publikowanie tabel podających ile dany rodzaj ruchu pozwala spalać
kalorii jest już po prostu absurdem podniesionym do bardzo wysokiej
potęgi.
Ciekawy
jest zresztą sam sposób badania tego ile przy danej czynności
jednostka spala kalorii. Mierzy się bowiem w takim wypadku poziom
oksydacji tłuszczu, tętno oraz pułapy tlenowe i z tego za pomocą
czarodziejskich wzorów wylicza ilość spalonych kalorii. To dopiero
jest naukowe podejście! Zresztą - kto odpowie na pytanie "ile
kalorii spalamy poprzez krytyczne myślenie"?
Samo
pojęcie "spalania kalorii" jest dość dziwaczne. Przecież
kaloria jest to nic innego jak stara jednostka ciepła. Więc spalamy
ciepło? Tu już nawet porównanie do pieca zawodzi. I tu następna
ciekawostka - okazuje się bowiem, że kaloria w dietetyce oznacza
coś innego niż w fizyce. Przyznam, że już sam dokładnie nie wiem
co. Jednak skoro oznacza coś innego, to jak można nadal powoływać
się na zasady termodynamiki? Może one też oznaczają tu coś
innego? Idąc tym tropem dochodzimy do wniosku, że żywiąc się
zgodnie z zaleceniami współczesnej dietetyki będzie tracić tkankę
tłuszczową, jednak pamiętajcie, że oznacza to co innego -
przykład wielu pulchnych pań dietetyczek - i tracenie ostatecznie
będzie oznaczało tycie!
Więc po co jemy?
Zatem
po co właściwie nam jest jedzenie? Ano potrzebne jest w szeregu
procesów. Już choćby bez cholesterolu nie powstanie szeregu
hormonów, poczynając od tych płciowych. Ciekawa woltę zrobił
cały system Weidera, gdy najpierw kazano ograniczać kulturystom
spożywanie tłuszczu i cholesterolu, a potem zdesperowanych
kierowano na drogę testosteronu w strzykawce. Jasne, że nigdzie
takich zaleceń nie znajdziecie wprost w artykułach. Jednak wnioski
są takie i nie da się tego przeoczyć. Zaś na koniec mamy cały
stek mądrości rodem z piaskownicy, pod tytułem "jaka to
kulturystyka jest niezdrowa".
Kolejny
ważny proces to powstawanie enzymów. Tu również potrzebne są
składniki dostarczane do organizmu z pokarmem. Na koniec to, na co
idzie najwięcej. Naprawa uszkodzeń, nadbudowa tkanek. Wspominałem
już o nieustannej wymianie komórek. Teraz trzeba dodać do tego
efekty wywołane wszelkiego rodzaju wysiłkiem. Począwszy od tego,
gdy unosisz pokarm do ust i go żujesz, a skończywszy na ciężkich
treningach na siłowni. Im większy wysiłek, tym większe
uszkodzenia do odbudowy i do nadbudowy. Do tej ostatniej dochodzi w
związku ze wspomnianą już optymalizacją do wysiłku. Organizm
buduje większe mięśnie po to, by w przyszłości wysiłek był dla
niego łatwiejszy.
Trzeba
teraz wspomnieć jeszcze o uzupełnianiu wydatkowanej energii
mechanicznej. Taka faktycznie zachodzi. Jednak zarówno to, jaki jest
jej procent z przyjmowanego pokarmu u poszczególnych jednostek, jak
i wyliczanie jej w kaloriach, jest całkowicie nierealne.
Przynajmniej na dzisiejszym poziomie nauki. Liczne wzory, jakie
czasem można spotkać w niektórych publikacjach są tylko próbą
nadania naukowych pozorów bezsensownemu bełkotowi. Póki co, to ile
każdemu z nas potrzeba jedzenia można wywnioskować tylko z
długotrwałej obserwacji. Nigdy też uzyskane wyniki nie będą raz
na zawsze ustalone na całe życie. Nasz organizm nie gromadzi
kalorii lecz substraty typu glikogen czy ATP.
Przyczyna
leży w hormonach
A
teraz spójrzmy na klasyczne aeroby. Dlaczego tak się dzieje - wbrew
zapowiedziom trenerów fitness - że tzw. większe wydatkowanie
energii sprawia, że u wielu osób przybywa tkanki tłuszczowej? Jest
to chyba najlepszy praktyczny przykład, który raz na zawsze pozwoli
nam się uwolnić od wzorów energetycznych w opisie żywych
organizmów.
Nazbyt
duże obciążenie treningowe, ponad poziom wytrenowania, sprawia, że
dochodzi do nadprodukcji hormonów nadnerczy - głównie kortyzolu.
To zaś objawia się niczym innym, jak odkładaniem tłuszczu na
brzuchu. Jest rzeczą ważną, by zrozumieć ten mechanizm. Organizm
zamiast przeznaczać pokarm na odżywianie mięśni i innych tkanek,
część z niego przeznacza na tkankę tłuszczową. Dlaczego? Tu
możemy tylko spekulować. Jest to zapewne pozostałość
przystosowań ewolucyjnych. Długi bieg oznacza brak zwierzyny w
okolicy i nieudane polowanie. Skoro tak, to trzeba zrobić jakiś
zapas, by dłużej przeżyć na gorszym pożywieniu roślinnym. Czyli
- długi wysiłek aerobowy plus niedożywienie - współczesna
recepta na odchudzanie, tak naprawdę prowadzi w przeciwnym kierunku.
Spada masa mięśniowa, rośnie tkanka tłuszczowa. Do tego dochodzi
fakt, na który zwraca uwagę Taubes - im więcej wysiłku, tym
bardziej jesteś głodny!
Zapewne
nie muszę tu pisać o wpływie innych hormonów, jak choćby
testosteronu na rozwój masy mięśniowej, czy też insuliny na
tkankę tłuszczową. Te sprawy były poruszane już wielokrotnie.
Rzecz jasna w żywym organizmie nie chodzi tylko o jeden konkretny
hormon, lecz o całe spektrum reakcji i ich wzajemne relacje. Tym
niemniej widać tu wyraźnie, że to czy rośniemy czy chudniemy nie
zależy w żadnej mierze od kalorii, ale od hormonów oraz od tego
jaki rodzaj pokarmu przyjmujemy. Przy czym zachodzi też pewnego
rodzaju sprzężenie zwrotne, gdyż poszczególne pokarmy - tak przez
zawartość makroskładników, jak i witamin czy minerałów jak i
poprzez inne dodatki np. fitoestroegny - wpływają na gospodarkę
hormonalną organizmu.
sobota, 19 lipca 2014
czwartek, 17 lipca 2014
wtorek, 15 lipca 2014
sobota, 12 lipca 2014
Od genialnych fizyków, do nieco mniej rozgarniętych dietetyków cz. 1
Fizycy na temat biologii
Już
Erwin Schrodinger (ten od słynnej kotki, bowiem polski przekład
podręczników sugerujących, iż był to kot - osobnik rodzaju
męskiego - jest nieprawidłowy) wyraźnie podkreślał, że jeśli
spróbujemy przyłożyć prawa fizyki na reakcję żywego
biologicznego organizmu, to otrzymamy całkowicie błędne wnioski.
Bowiem fizyka bada układy statyczne - stąd tyle zamieszania z
mechaniką kwantową - natomiast w biologii mamy do czynienia z
układami dynamicznymi. Dziś wszak nie składasz się z tych samych
komórek co 20 lat temu! Cały czas w Twoim organizmie zachodzą
zmiany.
Komentując
powyższe stwierdzenie swego kolegi, drugi wielkiego formatu fizyk i
matematyk Roger Penrose, stwierdził, iż niestety dziś jeszcze
ciągle wielu ludzi twierdzi, że jedzenie to przyjmowanie energii.
Innymi słowy robią to przed czym przestrzegał Schrodinger - bawią
się liczeniem kalorii i bezkrytycznie przenoszą prawa termodynamiki
na żywe organizmy.
Swoje
wnioski Schrodinger wypowiedział w latach czterdziestych ubiegłego
stulecia, co oznacza, że wiedział już wtedy to co dla
współczesnych dietetyków i lekarzy ciągle pozostaje tajemnicą. O
tym, że dietetyka jest obecnie w tyle za tym co osiągnięto w
Europie niemal wiek temu wiem od dawna. Ostatnio zaczyna mnie
prześladować myśl, iż ostatnie pięćdziesiąt lat postępu
medycyny to jeden wielki bajer. Na marginesie tych rozważań powołam
się jeszcze raz na Schrodingera, który wyraźnie już wówczas
przestrzegał przed tym, że prześwietlenia rentgenowskie nie tylko
mogą wywoływać nowotwory i inne choroby, ale też nasilać
niekontrolowane mutacje. Te zaś będą miały wpływ na cały
gatunek ludzki. Tymczasem lekarze często posługują się
promieniami rtg nawet wtedy, gdy nie jest to konieczne. Nie chcę
całkowicie przekreślać walorów diagnostycznych prześwietleń,
może jednak warto zrobić uczciwy bilans zysków i strat?
Sam
znam przypadek lekarza, który nalega na ciągłe prześwietlanie,
gdy tymczasem wszystkie podręczniki i opracowania podkreślają, że
w chorobie, o którą w tym wypadku chodzi (mniejsza o to jakiej)
rozpoznanie rtg nic nie daje. Czy zatem jest to postęp, czy tylko
lekarzom przybywa gadżetów? Zostawmy to pytanie otwartym.
Wartości kaloryczne pokarmów
Skąd
w ogóle biorą się podawane na opakowaniach czy w tabelkach
wartości kalorii? Otóż jest to wynik działania polegającego na
spalaniu danego pokarmu w przyrządzie zwanym kalorymetrem. Ile
kalorii ciepła dany produkt wydzieli w czasie spalania, tyle
przypisuje mu się wartości kalorycznej. Na tej podstawie powstają
pseudonaukowe mądrości na temat liczenia kalorii w diecie. Jednak
wystarczy przejrzeć się w lustrze, by stwierdzić, że człowiek to
nie piec i dym mu uszami nie leci. Czy naprawdę wymagam tak wiele od
dietetyków?
Prawda
jest taka, że nasz metabolizm różni się bardzo od tego
"piecowego" inne wydzielanie ciepła zachodzi przy
przyswajaniu tłuszczu ok. 4%, węglowodanów 10%, białka zaś 30%.
Jest to tzw. współczynnik efektu termicznego TEF. Jednak i do tego
podchodziłbym z pewną rezerwą, bo póki co nikt nie przebadał
zależności tego współczynnika od środowiska w jakim dany
człowiek się rozwijał oraz co się stanie, gdy całkowicie zmieni
klimat. Być może na skutek tego zmieni się i TEF. Wystarczy sobie
to uzmysłowić na przykładzie Afrykańczyka przeprowadzającego się
do Skandynawii lub też odwrotnie.
Już
w tym miejscu widać jak złudne jest liczenie kalorii i dlaczego od
lat odradzam taką praktykę. Jednak spróbujmy teraz pójść nieco
dalej. Czy nawet po ignorowaniu wartości kalorycznej możemy jeszcze
w ogóle mówić i pisać o tym, że jedzenie to dostarczanie
organizmowi energii? Otóż jest to tak daleko idące uproszczenie,
że znowu jego jedynym efektem będzie trwanie w błędzie.
Mit żywej maszyny
Zacznijmy
od porównania dowolnego urządzenia mechanicznego i żywego
organizmu. Tym pierwszym może być samochód, tym drugim człowiek
lub dowolny inny ssak. Samochód porusza się dzięki spalaniu
benzyny i w jego przypadku zasady termodynamiki będą się jak
najbardziej sprawdzać. Jeśli nie nalejesz do baku to nie
pojedziesz. Koniec kropka. Skończy się benzyna i samochód staje.
Czy tak samo jest z człowiekiem? Nie do końca. Czas zapomnieć o
starym przesądzie o żywej maszynie i mechanistycznym ujmowaniu
żywych organizmów.
Jak
nie zjesz śniadania to nie oznacza od razu, że nie będziesz zdolny
do pracy. Już słyszę kontrargumenty, że żywe organizmy mają
zapasy energetyczne np. w postaci tkanki tłuszczowej, glikogenu itd.
Dopiero po ich wyczerpaniu "przestaną działać". Nie jest
to takie proste!
Czy
organizmy żywe rosną zgodnie z ilością przyjmowanego pokarmu, czy
też ze względu na zakodowany w genach plan rozwoju? Innymi słowy
czy zawsze lepiej odżywione dziecko urośnie większe niż źle
odżywione? Okazuje się, że nie. Jest jasne, że skrajne
niedożywienie będzie prowadziło do wad rozwojowych, czy nawet
upośledzenia. Jeśli jednak porównamy dzieci z lekkim niedoborem do
tych z lekką nadwyżką żywieniową, to sprawa nie jest już tak
oczywista. Zwłaszcza, gdy chodzi o rozwój muskulatury.
Coraz
częściej zwraca się uwagę na fakt, iż w pewnych sytuacjach
dochodzi do rozwoju mięśni nawet na sporym deficycie pokarmowym.
Stąd zresztą biorą się pewne metody manipulacji w sporcie, ale to
zostawmy póki co na boku. Warto tu natomiast zwrócić uwagę na
wspomniany już plan rozwoju zakodowany w genach. Otóż przykładowo
pewne allele kodujące mogą pojawić się w populacji ludzkiej aż w
3 odmianach - apoE-e2, apoE-e3, apoE-e4. Wiadomo już, że od tego
jaki typ allelu posiadamy będzie zależało optimum proporcji między
białkiem a tłuszczem czy pokarmów zwierzęcych w stosunku do
roślinnych u danej jednostki. Jednak nie oznacza to wcale, że wiemy
już wszystko i w grę nie wchodzą inne czynniki. Być może
istnieje również kod genetyczny stanowiący o tym, czy komuś do
rozwoju wystarczy 1 gram białka na kilogram masy ciała, a komuś
innemu potrzeba i więcej niż 3 gramy. Bynajmniej jednak nie
wszystko sprowadza się do genów w tak rozumianym znaczeniu.
Jednakże
prowadzi nas do kolejnego wniosku. Ustalanie optymalnych proporcji
makroskładników dla wszystkich jest błędne. Ustalanie, że każdy
kto ćwiczy na siłowni potrzebuje dokładnie 1,8 grama białka jest
bzdurą. Możemy sobie tu podarować wyniki nieudolnie prowadzonych
badań przez naukowców, którzy nie bardzo wiedzą co badają. Tak
samo niepoważne będzie stwierdzenie, że bez 3 gram białka na
każde 1kg masy ciała nie urośniesz. Skłonność do szukania
uniwersalnych rozwiązań niemal zawsze prowadzi na manowce. Ma tylko
tę "zaletę", że zwalnia z myślenia i obserwacji!
niedziela, 6 lipca 2014
czwartek, 3 lipca 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)